martes, 5 de enero de 2016

JACEK PODSIADŁO [17.854] Poeta de Polonia


Jacek Podsiadło 

(Nacido en 1964 en Szewna) es un poeta polaco, escritor, traductor y ensayista. A veces utiliza un seudónimo Jac Po. Es uno de los poetas de la famosa  Polish bruLion generation. Originalmente fue influenciado por Frank O'Hara, pero luego desarrolló su propio estilo original. Es un escritor muy prolífico, y también un ganador de muchos premios literarios polacos (Georg Trakl premio, 1994; Koscielski premio, 1998; Czeslaw Milosz premio 2000, sino que también fue nominado para el Premio Nike tres veces). Tuvo muchas profesiones, ahora trabaja en el Opole estación de radio. Entre 2000 y 2007 escribió folletines para Tygodnik Powszechny.

Bibliografía seleccionada

Nieszczęście doskonałe , Toruńskie Towarzystwo Kultury, Toruń 1987.
W lunaparkach smutny, w lupanarach śmieszny , Staromiejski Dom Kultury, Warszawa 1990.
Wiersze wybrane 1985-1990 , Biblioteka "brulionu", Warszawa-Kraków 1992.
Arytmia , Biblioteka "brulionu", Warszawa 1993.
Dobra ziemia dla murarzy , Tikkun, Warszawa 1994.
Języki ognia , Biblioteka "brulionu", Warszawa-Kraków 1994.
To all the whales I'd love before , Kartki, Białystok 1996.
Niczyje, boskie , Biblioteka "brulionu", Warszawa 1998.
Wiersze wybrane 1990-1995 , Stowarzyszenie "Inna Kultura", Bielsko-Biała 1998.
Wiersze zebrane , Lampa i Iskra Boża, Warszawa 1998 (II wydanie: 2003).
Wychwyt Grahama , Lampa i Iskra Boża, Warszawa 1999.
Cisówka. Wiersze. Opowiadania , Biblioteka "Kartek", Białystok 1999.
I ja pobiegłem w tę mgłę , Znak, Kraków 2001.
Kra , Znak, Kraków 2005.
A mój syn... (zbiór felietonów), Znak, Kraków 2006.
Pippi, dziwne dziecko (zbiór felietonów), Hokus-Pokus, Warszawa 2006.




La poesía de Podsiadło (Arytmia -Arritmia, Dobra ziemia dla murarzy - Buena tierra para albańiles) es un mensaje que nace de un pacifismo anarquista y de una fundamental libertad en la experiencia de la vida; es un mensaje en que no falta afirmación, contemplación de la naturaleza, crítica de la civilización tecnológica y exploraciones religiosas y teológicas.



Noticias para Pawel Marcinkiewicz en Des Plaines, 
Illinois, por Radio Macuto

Aquí escriben sobre ti. A veces te mencionan en los newspapers.
Y allí, ¿qué vistas tienes? ¿Se perfilan algunas perspectivas?
¿Qué pasado se cierra y qué futuro se abre
ante Paul Martin de Polonia haciendo de ayudante
del ochentañero Mr. Riff? Quiera o no quiera
te pregunto por cómo vives. Más cuando tienes al señor Riff cerca, que se está muriendo.
Porque ¿cuándo hay que hablar de la muerte? ¿Apenas abrimos los ojos
y la tele nos ciega con carnicerías y atentados, la radio ataca con anuncios,
el periódico lanzado ante la puerta está listo para explotar (por el periscopio de la mirilla
alcanzas a ver la espalda del bombacartero)
y te inclinas, y lo levantas. ¿Cuándo hay que hablar de la muerte? Quizás ahora,
cuando una enfermedad incurable, probablemente el Alzheimer,
devasta el cerebro de Barañczak, esa memoria de miles de rimas
y de calambures digna de un ordenador. Ahora,
en lugar de calentarse en su cesta cerca del radiador
nuestro gato en el jardín, tras la ventana, merodea tristemente,
saciado, pero congelado de frío. Y el señor H., un degenerado,
sale para la borrachera de cada tarde, aunque sus hijos padezcan
hambre y penurias. ¿Cómo tenemos que hablar de la muerte? La costumbre
de hablar con eufemismos, alegorías, ha arraigado, y la presentamos
con palabras bonitas. Tu apellido, ahora acortado, ¿ya no causa
mala impresión, fluye más fácilmente, no tiene que abrirse paso
por los delicados oídos de los americanos? Un desiderátum práctico:
hablar de manera concisa, no colmar la paciencia ajena, por Dios no hacerles perder su precioso           tiempo.
¿Cuándo hay que pensar sobre la muerte? ¿Durante el orgasmo? ¿Inflando
el colchón para la cama del señor Riff? ¿Escuchando cómo habla el liberal de la televisión?
Si al final vendrá igualmente, sin decepciones, ya en estos momentos nos saca
cada segundo que menospreciamos, la rima no conseguida, la letra a la que renunciamos.

9 de diciembre de 1994

Jaceck Podsiadlo, incluido en Poesía a contragolpe. Antología de poesía polaca contemporánea  (Prensas Universitarias de Zaragoza, 2012, selec. y trad. de Abel Murcia, Gerardo Beltrán y Xavier Farré).



Jacek Podsiadło

(Poland) Polish poet was born in 1964, he lives in Opolo. He has published more than twenty poetry books and two thick/fat collections of selected poems (Wiersze zebrane, Warsaw 1998 and Wychwyt Grahama, 1999). Awarded several times, he won Czesław Miłosz Prize in 2000. Translated into Slovene and several foreign languages. Among the poets of his generation he is one with largest reading audience in Poland.


Ósmy wiersz ekozoficzny

Nim wszedłem do strumienia zdjąłem buty, by ich nie zamoczyć.
Chciałbym pojąć siebie, wspominam więc czasy,
gdy byłem kaczką, małpą, obywatelem pierwotnym:
nieelegancko jadłem i sam musiałem stawiać
prognozy meteo. Czas niósł mnie swobodnie.
Waśnie z sąsiednią wioską, walka na dziryty,
to było wojną światową. Świat nie wykraczał
poza półkole rzeki i góry z drugiej strony.
Z mojego ciała znikało owłosienie i coraz bardziej
odsłaniało wrażliwą skórę.
Nim wszedłem do strumienia zdjąłem buty, by go nie zabrudzić.
Nauczyłem się krzesać ogień i opanowałem sztukę stenotypii.
Odkryłem trzy źródła świętej mocy: wodę, słońce i wiatr.
Zmieniam energię kinetyczną w mechaniczną i dalej, w elektryczną.
Pogłądam okiem mikrokamery frykcyjne ruchy tłoka w głębinowej pompie.
Sam jestem maszyną sterowaną z dali i napędzaną mieszaniną uczuć.
Ogładam się, bo stamtąd przychodzi nauka: oto wychodzę z rzeki,
Błony cofają się spomiędzy moich palców, mozolnie zmierzam ku małpie.
Potem w mojej głowie pojawia się pierwsza myśl.
I nie jest nią pełne lęku: kim jestem.
Nim wszedłem do strumienia zdjąłem buty, by woda, piasek
i moje ciało stanowiły jedno.

1.12. 91


Sprawiają, że płonie

Żyją na piasku, gdzie ślad nie trwa długo.
Przenoszą namioty z miejsca na miejsce, imion swoich umarłych
nie żłobią w kamieniu, raczej związują je,
aby powracały z rzeczą, czynnością, cechą:
»Herbata, jaką lubił Fahdi«, »Gra na czangu podobnie jak Ali Khan«,
»Jest nierozważny jak Mohammad, który wpadł
do studni tego lata , kiedy wyschły rzeki«,
w ten sposób noszą w ustach swoje cmentarze.
Choroby leczą śpiewem. Wieczorami lubią
wprawiać się w trans, tańczą, zanurzają dłonie
w oliwie i przesuwając nimi wzdłuż rozgrzanego do czerwoności
łańcucha sprawiają, że przez chwilę płonie.
Żyją na piasku, gdzie korzenie nie trzymają się mocno podłoża,
gdzie króluje oszczęndność. Mają rozeznanie
w delikatności materii,z jakiej utkana jest każda obecność,
wielbłądy zmuszają do większego wysiłku co najwyżej wrzaskiem.

3.03. 91


Dlaczego?

Gdzież pójdziemy? Może znów nad rzekę
pełną fusów lumpenświata,
nad czarną wodę, której esencją
jest przemijanie. Razem zrobimy siusiu,
na stojąco, jak dorośli. Srogiemu przykazaniu
dorosłości nie zwiejesz, szybkobiegaczu, prygunie
stojący na tle nieba i skaczący w Ciemno,
gdzie jedynie cudem i tylko do czasu
czekają na ciebie amortyzatory
rodzicielskich ramion, cyrkle Miłości.
Zobaczymy: kaczkę, dryfującą gałąź, opoja w malignie, nasze cienie.
Sto razy spytasz, dlaczego. Spróbujesz coś wycyrklować,
Żebym cię wziął na »jo pata«, na szyję.
Zmęczone nóżki albo coś, albo coś.
Coraz więcej ważysz.
Coraz więcej rozumiesz.
Zrozum, że czasem nie wiem, dokąd pójść.
Przejdziemy przez most.
A potem? Zobaczymy.


Lubię patrzeć

»Lubię patrzeć« - mówię cicho i to wszystko wyjaśnia. Dłoń
mam ciemną i żylastą jakby to śmierć ją kładła
na dziewczęcej piersi. Królewski orszak zmierza donikąd na jaskrawej panoramce,
to samo wąż wrotkarzy na przelotówce za oknem. Prawie-prawie nie ma
po co żyć. Skończone liczby na tablicach rejestracyjnych. Mroczne teatra
mieszkań, gdzie wystawia się rodzinne dramaty na pokaz przechodniom.
Trunki paliw na benzynowych stacjach. Gruchywki domofonów, kościelne
kołomyje pozbawione tempa, niczym tysiącpolowe warcaby na szychowbicych
posadzek.
Doczesne piękno ciał kruchszych niż flakony perfum. Pośród targowiska
Wagi i miary, zegary i liczydła, zniewagi. I góry relikwii za granicami miast.

Potrzeba wiary

Kierowca znał trasę na pamięć, lecz raz i on musiał zwolnić.
W Rzymanowie ujrzeliśmy z okien autobusu
Pochód z czarnymi sztandarami i trumną. Ludzie
Umierają; cała niezwikłość polegała na tym,
że tęcza właśnie napięła swój imponujący łuk
nad górami. Łatwiej mu teraz iść do nieba,
zauważyła Magda. Po sczeblach barw. Wszystko
płynie; usiadłem na kamieniu pośrodku górskiej rzeki
pisząc jak Balzak, z nogami w zimnej wodzie. Palce
kostnieją wcześniej niż pięty. Woda przyniosła procę.
Z niedaleka, bo gumka nie zdążyła sparcieć.
Chciałem z niej zrobić użytek, kamieni nie brakuje,
lecz jest do niczego, nie tak się mocuje
ten kawałek skóry. Słońce, wiatr, ptaki, śpiew
wody na kamieniach, to więcej niż potrzeba. Jestem
przekonany; jak święty Krzysztof, który rozważnie
przenosił dzieci przez rzekę, a potem został
patronem wariatów za kierownicą, święcie przekonany.











No hay comentarios:

Publicar un comentario en la entrada