Mostrando entradas con la etiqueta POLONIA. Mostrar todas las entradas
Mostrando entradas con la etiqueta POLONIA. Mostrar todas las entradas

martes, 30 de mayo de 2017

WOJCIECH KASS [20.163]


WOJCIECH KASS

Wojciech Kass (Nacido el 1 de septiembre de 1964 en Gdynia - Polonia).  Poeta, ensayista

Graduado en filología polaca en la Universidad de Gdansk. En 1997 se instaló en Hawai, donde él y su esposa se encargan del Museo 
Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Praniu.

OBRA:

"Aj, moi dawno umarli" (1996) – esej
"Do światła" (1999) – poezja
"Jeleń Thorwaldsena" (2000) – poezja
"Prószenie i pranie" (2002) – poezja
"Przepływ cieni" (2003) – poezja
"Gedichte aus Masurenland" (2003) – poezje – przekłady na język niemiecki
"Pęknięte struny pełni. Wokół Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego" (2004) – esej
"Gwiazda Głóg" (2005) – poezje
"Pieśni miłości, pieśni doświadczenia" (2006) – z Krzysztofem Kuczkowskim – poezja
"Wiry i sny" (2008) – poezja, Wydawnictwo Iskry 2010
W numerze 1-2 (98-99) 2008 r. dwumiesięcznika literackiego TOPOS ukazał się arkusz poetycki Wojciecha Kassa, pt. "Pocałuj w usta światło"
"41" (2010) – poezja
"Czterdzieści jeden. Wiersze. Głosy." (2012) – notes, wiersze, szkice – idea, opracowanie i redakcja: Zbigniew Fałtynowicz
"Ba!" (2012|2014) – poezja
"Przestwór. Godziny" (2015) – poezja
"Pocałuj światło. 89 wierszy" (2016) – wybór poezji
„Nie żałuj głaskania umierającemu” (2017) - poezja; 4. zeszyt z serii „Trilungilis”, Igor Biełow tłumaczenie na rosyjski, Jannifer Zieliński i David Malcolm tłumaczenie na angielski.
„Błędny ognik oślepiający korektora. Wokół wiersza Juliana Kornhausera Błąd krążą Przemysław Dakowicz, Wojciech Kass i Krzysztof Kuczkowski” (2017) w: „Rzeczy do nazwania. Wokół Kornhausera” pod red. Adriana Glenia i Kuby Kornhausera, s. 45-51




YO NO ESTABA EN CASA

Cuando en el sueño murió Jerzy Markuszewski,
dijiste que lo peor sería en primavera,
cuando en el día de la Resurrección del Señor
ya no se sentara a nuestra mesa,
no me dijera: léeme tus poemas,
y a ti: estás muy guapa.
Así que lo peor sería en marzo o en abril.
Hoy en el sueño ha sonado el teléfono,
tenía miedo de cogerlo
pero quería, quería tanto
leerle mis poemas de invierno.





UN VIAJE CON CORDONES

Pensaste: me he desatado los cordones,
por hoy basta. Mañana, pasado mañana.

Porque al menos una vez hay que despertarse,
solo para uno, para el alba y cerca de una rosa,

de una gota de rocío, tan pura
como la mirada de una alondra,

como una mirada al mundo antes de las letras.

Pero de nuevo hay nudos en los cordones,
para hoy, mañana, pasado mañana,

para el esfuerzo del viaje
a la altura de los charcos

y de mi nublado reflejo en uno de ellos.

Poesía a contragolpe, Prensas Universitarias de Zaragoza, Zaragoza, 2012
Traducción de Abel Murcia, Gerardo Beltrán y Xavier Farré




Wojciech Kass (ur. 1.09.1964 r. w Gdyni) – poeta i eseista. Opublikował tomiki: Do światła (1999), Jeleń Thorwaldsena (2000) – za które otrzymał nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny i nagrodę Stowarzyszenia Literackiego w Suwałkach, Prószenie i pranie (2002), 10 Gedichte aus Masurenland (2003, wybór wierszy w języku polskim i niemieckim), Przypływ cieni (2004), Gwiazda Głóg (2005) nominowany do Wawrzynu nagrody literackiej Warmii i Mazur, Pieśń miłości, pieśń doświadczenia (z Krzysztofem Kuczkowskim) (2006), Wiry i sny (2008) nominowany do Wawrzynu nagrody Literackiej Warmii i Mazur, oraz 41 (2010). W 2012 ukazała się publikacja pt. Czterdzieści jeden. Wiersze i glosy, zawierająca pieśni z 41, dziennik poety z okresu ich pisania, komentarze krytyków i historyków literatury o tym tomie oraz wiersze nowe. W 2014 kolejny tomik Ba! Dwadzieścia jeden wierszy, w 2015 Przestwór. Godziny nominowany do Nagrody Literackiej M.St. Warszawy. W 2016 ukazał się jego wybór wierszy Pocałuj światło (Wyd. Iskry). Jest autorem opracowania o związkach Czesława Miłosza i jego krewnych z Sopotem Aj, moi dawno umarli (1996) oraz książki eseistycznej Pęknięte struny pełni. Wokół Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (2004) nominowanej do Wawrzynu nagrody literackiej Warmii i Mazur. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i Pen Clubu. Był stypendystą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (2002, 2008). Wchodzi w skład redakcji dwumiesięcznika literackiego „Topos”. Uhonorowany nagrodą „Nowej Okolicy Poetów” za dorobek poetycki (2004), nagrodą „Otoczaka” za tomik wierszy „Wiry i sny” (2009), „Sopocką muzą” – nagrodą prezydenta Sopotu (2011), srebrnym medalem Zasłużony Kulturze „Gloria Artis” (2015), Jego wiersze tłumaczone są na język niemiecki, angielski, włoski, francuski, hiszpański, litewski, czeski, słoweński, słowacki, serbski, chorwacki, bułgarski, rosyjski. Od 1997 r. pracuje w Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Praniu na Mazurach.




Kto

DLA FELIKSA NETZA

kto teraz do mnie zdąża
lecz dąży po kryjomu
kto teraz po mnie woła
lecz woła nadaremnie
kto chwyta łuk Ogrodowej
kto cięciwę Grunwaldzkiej
kto nakłada strzałę światła
lecz trafić w cel nie może
kto dyszy, ale oddechu chwytać
nie umie, by dobiec do mnie
kto strzeże martwej prawdy
lecz kłamie w żywe oczy
kto chce mnie ugościć
lecz przyjmuje krzywdziciela
kto chce przynieść miłość
lecz przenosi ją obok
kto biegnie jak oszalały
lecz nie dobiega do mnie
kto jest stróżem dobrej nowiny
a wieszczy widmo klęski
kto przesyła szacunek
lecz otrzymuję pogardę
kto pochyla się w pas
lecz nóż wbija w plecy
kto chce mi się przyśnić
lecz śni się komu innemu
kto śni moją sekretną bajkę
lecz snu tego nie zapamiętuje
kto czyta mi ten wiersz
lecz kradnie obolałe serce
kto darowuje ostatnie słowo
lecz w zanadrzu trzyma pierwsze
kto głaszcze mnie w trumnie
lecz życzy dalszego umierania



A.

Ten siniejący mózg mojej matki
w kraju jej dzieciństwa. Ten boski
monstrualny kwiat, który więdnie
jak róża, jak wszystkie niepoliczone róże
od zakwitnięcia do zgonu świata.
Myślę o nim po telefonie Teresy, gdy mówi:
twoja matka dryfuje jak łupka kory.
A co, jeśli mózg, ten bóg nowych odkrywców
nauki, co jeśli mówi: Jam jest. Jam jest świat.
Widzę cię, mamo jak błądzisz, jak z pęku
kluczy ubywa jeden po drugim, gdy upadają
w śnieg i topnieją, jakby były z gorącego lodu.
Sinieje mózg, staje się śnięty, a z nim owoc miasta
w którym przechodzi twoje życie.
Czym ono jest teraz? Labiryntem, procesem
pułapką, koszmarem, domem wariatów?
Czasem boję się do ciebie dzwonić
żebyś nie pomyliła mnie z umarłym.
Powinienem prowadzić cię za rękę
zostawiać w przedszkolu wśród dzieci
chronić przed złym podwórkiem, rozmawiać
z innymi matkami o twojej przyszłości.
Jaką cząstkę mnie, ile części naszego miasta
zdołał już prześwietlić mrok twojego mózgu?
Wszystko, co w nim znika, przenika moją obecność
mniej obecną; biedna matko błądząca
po pokojach, ulicach, jak po łamliwej kładce
którą nigdy nie były i stać się nie miały.
Straszno mi pod czarną dziurą wszechświata
Wydaje mi się, że to wszystko było tylko snem.
Piastuj taki sen.



Do wyjścia

Matka chowa rzeczy:
sztućce, ścierki, chusteczki, wisiorki,
przekłada ze stołu do szuflady, z półki na taboret,
z parapetu do szafki, a potem
nie znajduje: łyżeczki, grzebienia, tubki.
Mózg mojej mamusi zwija się, wchłania, zapada,
odwraca od całej zewnętrzności,
jesteś be - diabelska zewnętrzności - mówi
bo zabierasz rzeczy: widelce, watę, spinki.
A mimo to moja matka się wyrywa,
ona chce wyjść na ulicę, do parku, do sklepu
(właśnie trzyma w ręku chusteczkę, wisiorek, klucz),
ona chce wyjść do turystów mówiących po niemiecku,
ona chce wyjść do siostry w Oliwie, do kuzynki
na Chopina, ona chce wyjść do wyburzonego
za Gierka domu sąsiadki, do dzieciństwa,
które w śnie poniewiera się jak strzęp błyszczącej tkaniny,
chce wyjść do grobu brata Gerarda na Malczewskiego
i naprzeciw tym rzeczom, tym, no jak im tam:
łyżeczce, widelcowi, grzebieniowi, spince,
torebce, parasolowi i kluczom.
Dokąd ja chcę wyjść synu? - pyta.



I przybędziesz pustyni

W. UCHAŃSKIEMU

Jeśli chcesz wiedzieć ile warte są twoje wiersze
idź na pustynię, rozbij namiot w miejscu
gdzie tkwi jej suche serce pompujące piasek.
Codziennie rano stawaj wyprostowany
jakbyś odbywał musztrę i czytaj, a po miesiącu
odrzucisz książkę, bo swoje wiersze
znać będziesz na pamięć.
Wciąż jednak nie poznasz pustyni
ale ona zapamięta ciebie. Bądź gotów na najgorsze
jeśli nie nastąpi cud twoje recitatio będzie
jak przesypywanie piasku z ust
do ust pustyni i przybędziesz pustyni.
Ale jeśli twoje stopy poczują drgania ziemi
co oznaczać może, że nadciąga karawana
albo nadchodzi wielbłąd z trojgiem garbów
jeśli pod namiot podbiegnie jaszczurka
i wyrośnie choćby jedno źdźbło, płowe jak twoje
włosy zioło, sprawdziłeś słowa.
Co jednak, gdy żadna z tych rzeczy nie nastąpi?
Przejdzie przez ciebie cała pustynia
i przemieni twoje istnienie we własną pieśń.
Pieśń piachu.



Kobieta żyje strachem mężczyzny

Przebudziłem się w odległym,
drżącym od wilgoci mieście
i pomyślałem, że któreś z ciepłych
mórz rozpoczyna teraz przypływ
a ja na wydmie, w koszulce i spodenkach
z piasku układam się do wydmy
nagrzanej ogniskiem wystającym z twojego snu.
Znasz moje północne źrenice, ranne
krople potu, które smakują jak kieliszek
wódki napełniony wczoraj
lecz tylko wiatr, jedynie wiatr
zlizywał je zamiast ciebie.
Te krople w drżącym mieście
tak wiele uwolnią z ciała
ale żadnej z prawdziwych blizn.



Nie żałuj głaskania umierającemu

WERONICE LEBDZIE

Głaszcz umierającego Po głowie,
po ramionach Głaszcz jak kota
po sierści Żeby zasnął, a nie skonał.

Żeby zasnął, a nie umarł
I obudził się jak dziecko,
Głaszcz mnie mamo, o tutaj,
Żebym sen śnił, a nie umarł.

Odchodzącemu głaszcz
Widoki, których nie widzi,
Dźwięki, których nie słyszy
- Będą ciepłe, kiedy zgaśnie.

Będą ciepłe, kiedy zgaśnie,
Jak sierść zwierząt, traw,
O tak, tak mnie głaszcz,
Żebym obudził się i wstał.

Żebym wstał i obudził się,
Pogłaskał twarz i ramiona,
Żebyś wstał od tego łóżka
Umarł ze mną, a nie skonał.



Pieczęć ignorancji

Ten wiersz był za słaby, aby przeżyć
abym chciał go zapisać
przeczytać na głos, wiele razy przeczytać
i wykreślać słowa nieme, głuche
podpórki na fasolę, jak mawiam do bliskich mi dusz.



Stopniowanie żurawia

Ten, który zlatuje nad mokradło,
a jego śpiew jest jak ostrzenie noża,
i ten, który z wiadrem na dyszlu
bije pokłony studni, choć wyschła,
i ten, który w mieście dawnej Hanzy
stoi nad rzeką jak mnich w kapturze.
Mówiłaś: nie teraz, nie teraz, nie teraz,
na tarasach śnieg, w piwnicach szron,
lecz przyleciałem i był kwiecień,
powstaliśmy z łąki w skarpetach
z krokusowej mgły.



Teren zagrożony poezją

DLA J.S.

Obłok na niebie sterczy jak bonza
niech sobie sterczy, co ci do tego
a mi do tego, że nie wiem gdzie zdąża
mój wers wyjęty z obłoku dętego.

Poeta powiada: szczere uczucia
rodzą złe wiersze, niech więc rodzą
baba „rudą" na dziada podpuszcza
w trawie kołatka podchodzi rdzą.

Parka przed parkiem gubi rytm
i zaraz bełkot ją dopada jak zaraza
dobrze, nic mi do tego ale gdybym
mógł, to drugiej parce bym odradzał.

Piszę trzynasty wers, już trzynasty
i nie wiem ku czemu wers ten się chyli
nie chyli, lecz odpór kanciasty
daje procesowi i szmirze ulicy krokodyli.

Pijany prawnik trzyma teczkę w ręku
z tą teczką dziwkę w bramie zgiął
o, nic mi do tego a neon jaśnie świeci
napisem: teren zagrożony poezją -

co to za łódeczki, czarne i marne?
To trzy kruki milcząc płyną po morzu.
A w dębach, kto tak głośno kracze?
Mewy w kokardzie jesiennego dżdżu.



To jest

Bezbronność; po stronie tego, co bezbronne stoi poeta,
broni przestronne poeta, to jest ość jego kompasu, to jest koronne.

Mówi: to jest przylaszczka, to pustułka, a to jest coś, co kwili,
to jest czułość spojrzenia, a to wklęsłość po duszy, której nie dobili.

Mówi: poezja to odlew oddechu, to miłość, która ogarnia
bezbronne. Powtarzaj dozgonnie jak echo, powtarzaj po mnie.



Nie żałuj głaskania umierającemu

Głaszcz umierającego
Po głowie, po ramionach
Głaszcz jak kota po sierści
Żeby zasnął, a nie skonał 

Żeby zasnął, a nie umarł
I obudził się jak dziecko,
Głaszcz mnie mamo, o tutaj,
Żebym sen śnił, a nie umarł. 

Odchodzącemu głaszcz
Widoki, których nie widzi,
Dźwięki, których nie słyszy-
Będą ciepłe, kiedy zgaśnie 

Będą ciepłe, kiedy zgaśnie,
Jak sierść zwierząt, traw,
O tak mnie głaszcz,
Żebym obudził się i wstał. 

Żebym wstał i obudził się
Pogłaskał twarz i ramiona,
Żebyś wstał od tego łóżka
Umarł ze mną, a nie skonał












-

sábado, 20 de mayo de 2017

TIMOTEO KARPOWICZ [20.141]


TIMOTEO KARPOWICZ

Nació en Polonia en 1921 y murió en Chicago, en 2005.

UN POETA POLACO CASI SECRETO: TIMOTEO KARPOWICZ
Antes de la Revolución Húngara del 56, pocos habían oído  hablar de Timoteo Karpowicz, uno de los jóvenes escritores que se había establecido en Silesia. Su poesía maduró lenta y secretamente. Mientras tanto vivió como periodista y editor de una revista semanal en Wroclaw (también llamada Breslavia), preservando su libertad interior de los llamados de la época. Producto de su concisión, su poesía puede parecer excesivamente sencilla o difícil. "Una lección de silencio",  para tomar un ejemplo, es una imagen traspuesta de toda una era. Milosz sugiere que Karpowicz es un poeta enamorado, enamorado de la Tierra. Que mantiene una relación íntima con los árboles, las flores, y los animales. En determinado momento de su vida fue profesor de literatura polaca en la Universidad de Illinois.



 AMOR

 Yo creía:
 un árbol cuando besado
 no perdería las hojas-
 las hojas caen
 de árboles
 besados.

 Un río abrazado
 por una mano enamorada
 no fluiría-
 se va fluyendo
 hacia la niebla.

Hay en mi paisaje
 errores de colores y perfumes
 aún así siempre amo
 lo que incesantemente
 cambia.

 como una pelota dorada
 ella corre delante mío:
 acercándose una y otra vez,
 mi amada, 
 Tierra.


  

ROTA

 pacientemente 
 la tierra rota
 y las sobras de bronce del movimiento
 se incrustan por capas en el picaporte de la puerta
 más y más resistente es mi puerta
 detrás de la cual relucen los animales
 los pájaros florecen
 los árboles se enjambran

 habiendo elegido erróneamente
 mi reino sobre una nube rota
 hoy habré de flotar
 sobre una vuelta más de la tierra

 más tarde -acordate:
 dale de beber a mi venado dorado
 y dale de comer a los pájaros
 que dejé
 más allá de la pesada puerta




EL SUEÑO DEL LÁPIZ

 Cuando el lápiz se desviste para dormir
 firmemente decide
 dormir de manera envarada
 y negramente

 a esto lo ayuda
 la innata inflexibilidad
 de todos los meollos del mundo
 el meollo espinal del lápiz
 se rompe pero no se dobla

 él nunca soñará con
 ondas de pelo
 sólo un soldado parado en posición de firme
 o féretros

 lo que halla su lugar en él
 es lo derecho
 lo que está más allá de lo torcido
 buenas noches





UNA LECCIÓN DE SILENCIO

 Cuando quiera una mariposa
 plegó demasiado violentamente 
 sus alas-
 hubo un llamado: ¡Silencio, por favor!

 En cuanto una pluma
 de un sorprendido pájaro
 empujó contra un rayo de luz-
 hubo un llamado: ¡silencio, por favor!

 De esa manera fueron educados
 para caminar sin un sonido
 el elefante sobre su tambor,
 el hombre sobre la tierra.

 Los árboles estaban creciendo
 mudos sobre los campos
 como crece el pelo
 de los horrorizados.



FUENTE

Czeslaw Milosz. Postwar Polish Poetry. Univ. of California Press, 1983.


Publicado por Robert Rivas en
http://inutilesmisterios.blogspot.com.es/







-



miércoles, 8 de marzo de 2017

MARIA KONOPNICKA [20.009]


Maria Konopnicka

Maria Konopnicka (23 de mayo de 1842 - 8 de octubre de 1910) - poeta, narradora, traductora, crítica literaria, ensayista y periodista polaca, activista luchadora por los derechos de la mujer.

Nació en 1842 en Suwałki, Polonia, de donde se trasladó con su familia a la edad de siete años a la ciudad de Kalisz. A los veinte años se casó con Jarosław Konopnicki. El gobierno zarista acusó a su esposo de guardar armas de los rebeldes del Levantamiento de 1863 en su casa, pero felizmente la pareja logró cruzar la frontera e irse a radicar a Dresden y Viena por un tiempo. Maria tuvo ocho hijos en el transcurso de diez años, dos de los cuales murieron recién nacidos. En 1876 se separó de su esposo y en 1877 se mudó a Varsovia con sus hijos. Posteriormente tuvo varias estadías en Austria, Suiza y Alemania y radicó en Cracovia y Żarnowiec.

Obra escrita

Su obra fue muy variada. Escribió libros para niños, algunos cargados con un toque mágico como “Sobre los enanos y la huerfanita Marysia” (“O kransoludakch i sierotce Marysi”) o el poema “Buscando bayas” (“Na jagody”) y otros como “Sobre Juanito, el viajero” (“O Janku wędrowniczku”). Sus hijos fueron los primemos destinatarios de sus poemas para niños. La temática de su poesía fue muy variada; desde poesía lírica como “El extrañar” (“Tęsknota”), poesía patriótica como “Juramento (“Rota”), poesía descriptiva de la naturaleza como “Una mañana de invierno” (“Zimowy poranek”) y poesía de denuncia social como “El arrendatario libre” (“Wolny najmita”). Escribió también varios relatos de corte realista. Entre los más conocidos están “Nuestra yegua” (“Nasza szkapa”), “Dym” (“El humo”), ambos relatos de denuncia social, “Mendel Gdański” (“Mendel de Gdańsk”), relato que denuncia el antisemitismo en Polonia, “Las personas y las cosas”, (“Ludzie i rzeczy”), relato de corte sicológico y muchos otros más. También escribió sobre arte y literatura. Colaboró con diversas revistas denunciando la situación social, de las mujeres y de Polonia, repartida entre tres potencias extranjeras.

Traducciones literarias

Tradujo literatura del alemán, italiano, francés, inglés y checo al polaco.

Lucha en defensa del idioma

Fue una de las gestoras de la protesta internacional contra el castigo que sufrieron los niños de Września por responder en polaco, negándose a contestar en alemán a las preguntas en la clase de religión en el colegio.

Maria Konopnicka continúa en sus cuatro tomos de Poesías (1881, 1883, 1886 y 1896) la tradición patriótica romántica (sobre todo del romántico Juliusz Słowacki), incorporando también acentos de carácter social y humanista propios del positivismo.

Konopnicka se inició en la literatura como autora de novelas cortas -que después escribiría a lo largo de toda su vida-, recopiladas en Mis conocidos (Moi znajomi) (1890), Gente y cosas (Ludzie i rzeczy) (1898) y En la orilla normanda (Na normandzkim brzegu) (1904). También escribió obras infantiles, como Mi pequeño libro (Moja książeczka) (1889), Sobre Janek Wędrownicz (O Janku Wędrowniczu) (1893), A por arándanos (Na jagody) (1905) o la conocida fábula Los enanos y la huérfana Marysia (O krasnoludkach i sierotce Marysi) (1893), pero su principal obra literaria se enmarca en el campo de la poesía. Su producción abarca gran riqueza de temas: desde versos paisajísticos, la exaltación de las labores agrícolas, motivos y temas folclóricos, cantos patrióticos y poemas de protesta social contra la injusticia y la opresión de las potencias de ocupación, hasta poemas épicos como El señor Balcer en el Brasil (Pan Balcer w Brazylii) (1910), ambiciosa epopeya moderna escrita en octavas sobre la emigración campesina en tierras americanas con la que quiso emular a Adam Mickiewicz y quizá rivalizar con su Pan Tadeusz. 



Hay en mi pecho una tumba silenciosa

Hay en mi pecho una tumba silenciosa
que no adorna ninguna flor
y en cuyo mortal refugio
no yace ningún cadáver.

Sobre ella no suena el metal de las campanas,
ni le pesan grandes masas de tierra.
En esta tumba silenciosa
no hay ni losa ni cruz.

En ella cayó el rayo
que doraba mi vida.
Lo único que hay en ella es mi sueño silencioso
y el latido confiado de mi corazón.

Maria Konopnicka, incluido en Antología de la poesía polaca desde sus orígenes hasta la Primera Guerra Mundial (Editorial Gredos, Madrid, 2006, ed. y trad. de Fernando Presa González).



Un invierno muy frío

Ay, ay, ay, ¡qué invierno más frío! 
Pican la nariz y las orejas, 
Se cubren con escarcha las cejas, 
Corren los vientos con brío. 
¡Un invierno muy frío! 

Ay, ay, ay, ¡Qué invierno más frío! 
Viste una larga capa blanca, 
Su aliento las ramas arranca, 
Hiela el agua del río. 

¡Un invierno muy frío! Ay, ay, ay, 
¡qué invierno más frío! 
Mas nada nos preocupamos, 
Bolas de nieve le arrojamos, 
¡Qué no olvide el desafío! 
Este invierno que es tan frío. 



El patinadero 

Se patina habilmente, 
Sin fanfarronear.” 
Algún golpe en la frente, 
No importa nada, 
El chichón desaparece, 
Temprano o tarde. 
Y el chico no merece 
Que digan: ¡cobarde! 
Todos miran y opinan 
Qué dice la gente. 
Los cobardes no patinan, 
¡Yo soy muy valiente!

Poesía para niños - Maria Konopnicka
Traducción de Teresa Papás Gruszecka



A jak poszedł król na wojnę

A jak poszedł król na wojnę,
Grały jemu surmy zbrojne,
Grały jemu surmy złote,
Na zwycięstwo, na ochotę...

A jak poszedł Stach na boje,
Zaszumiały jasne zdroje,
Zaszumiało kłosów pole,
Na tęsknotę, na niedolę...

A na wojnie świszczą kule,
Lud się wali jako snopy,
A najdzielniej biją króle.
A najgęściej giną chłopy.

Szumią orły chorągwiane,
Skrzypi kędyś krzyż wioskowy...
Stach śmiertelną dostał ranę,
Król na zamek wracał zdrowy...

A jak wjeżdżał w jasne wrota,
Wyszła przeciw zorza złota
I zagrały wszystkie dzwony
Na słoneczne świata strony.

A jak chłopu dół kopali,
Zaszumiały drzewa w dali,
Dzwoniły mu przez dąbrowę
Te dzwoneczki, le liliowe...



A choćbym cię, fujareczko

A choćbym cię, fujareczko,
Cisnął w głębinę,
Lecieć będą twoje pieśnie
Przez wody sine...
Lecieć będą twoje pieśni,
Tęskliwe głosy,
Będzie serce tajać z żalu,
A oczy z rosy.
 
A choćbym cię, fujareczko,
Zagubił w boru,
Słyszeć będę twoje granie
W echach wieczoru...
Słyszeć będę twoje granie
W ponocnym szumie,
Będę chodził urzeczony
W smętnej zadumie.
 
A choćbym cię, fujareczko,
Rzucił w rozdroża,
Rozełkają się twym graniem
Te lasy, zboża...
Rozełkają się twym graniem
Te bujne kłosy,
Będą brzozy płakiwały.
Puściwszy włosy.
 
Zastąpiłyż mi twe pieśnie
Sierocą drogę.
Że ni jawą ich, ni we śnie
Minąć nie mogę...
Zastąpiłyż mi o wiośnie,
Rankiem u strugi,
Chodzą za mną, taj śpiewają,
Jak dzionek długi.
 
Chodzą za mną lasem, borem.
Chodzą rozłogiem.
Przestępują moje wrota
Lipowym progiem...
Przestępują moje wrota
Wieczorną ciszą,
Obsiadają niskie lawy,
Do snu kołyszą.
 
Wschodzi miesiąc, taj zachodzi
Na modrym niebie,
Jedna piosnka mnie obudzi,
Druga kolebie.
Jedna leci, jak skowronek,
Nad zagon miły,
Druga płacze, jak zazula,
Gdzieś u mogiły!



Monumento a Maria Konopnicka (Pomnik Marii Konopnickiej)

El monumento fue develado el 22 de mayo del año 1966 en el 124 aniversario del nacimiento de la poeta, autora de, entre otras obras, “Rota”, y el cuento infantil “Sobre los enanos y la huerfanita Marysia”. El monumento fue erigido con fondos reunidos en una colecta organizada por iniciativa del periódico “Płomyczek”, durante la cual los niños de Kalisz reunieron cerca de 600.000 PLN. Fueron también los niños quienes decidieron que el monumento, obra de Stanisław Kulon, debía encontrarse en Varsovia.



A choćbyście

A choćbyście wrośli w ziemi
Siłami wszystkimi,
Choćby wszystkich dżdżów obłoki
Poszły wam na soki,
- Nie wzniesiecie w górę czoła
Gdy wiosna zawoła,
Nie wydacie duchem kwiatu,
Ni sobie, ni światu -
Bez miłości, bez zapału,
Bez czci ideału!
 
A choćbyście przeszli morza
Błękitne przestworza,
Choćby góry całej ziemi
Z skarbami wszystkiemi,
- Powrócicie iak żebracy.
Z waszych dróg i pracy,
Załamiecie próżne ręce
W strasznej głodu męce -
Bez miłości, bez zapału,
Bez czci ideału!
 
I choćbyście wyszli w pole
Z piorunem na czole,
Choćby z stali były męże
A z gromów oręże,
- Pójdą w jeństwo wasze roty
Po pod cudze płoty,
Wasze boje będą klęską,
Wasza śmierć niemęską -
Bez miłości, bez zapału,
Bez czci ideału!
 
I choćby wam trąby grały
Nowych dni hejnały,
Choćby cały świat z mogiły
Wstawał pełen siły,
Wy się z trupich waszych pleśni
Nie dźwigniecie w pieśni,
I w zmartwychwstań wielkiej dobie
Zostaniecie w grobie -
Bez miłości, bez zapału,
Bez miłości, bez zapału,
Bez czci ideału!



A czegóż rżysz po rosie

A czegóż rżysz po rosie,
Koniku ty mój siwy?
Nie będę ja ci w jedwab
Zaplatał długiej grzywy!
Hej, długiej grzywy!
 
Nie będę ja cię wodził
Na uździe z karmazynu;
W parciankach będziesz chodził,
U pługa, chłopski synu!
Hej, chłopski synu!
 
Nie będziesz ty się pysznił,
Pod siodłem, pod czerwonem:
Łeb jeno zwiesisz smutnie
Nad czarnym tym wygonem...
Hej, nad wygonem!
 
Zębatą ciągnąc bronę,
Spotniejesz białą rosą,
Ani cię wiatry one
W kraj świata nie poniosą...
Hej, nie poniosą!
 
Ani ja nie dam ciebie
W złociste kuć podkowy,
Cobyś tak stąpał z góry.
Jakoby nasz karbowy...
Hej. jak karbowy!
 
Nie będą drobną sieczką
Karmiły ciebie panny;
Nie padniesz w krwawym polu,
Świszczącą kulką ranny...
Hej, kulką ranny!
 
Na piasku, na ugorze,
Gospodarz cię ostawi,
A rosa czy wyżre,
A słońce kości strawi...
Hej, kości strawi!
 
Nie będą tobie grały
Muzyki ni trębacze,
Wiatr jeno cię pogrzebie,
A deszczyk cię zapłacze...
Hej, deszcz zapłacze!
 



Modlitwa

Z proroków owych daj mi być pobitych,
Nad których śmiercią klaskają kramarze,
I upominki do rąk swych niesytych
Ślą jedni drugim w radosnym rozgwarze
I w dobrej myśli, iż oto ustało
Słowo, trapiące ich duszę ospałą.

O, nie dlatego, iż tych umęczonych
Po trzech dniach duchy wskrzesiły żywiące,
Iż na jutrzenkach klęczący czerwonych
Zaś oglądali zbawienia to słońce,
O którym - długo przed rannych zórz wschodem
Szli, prorokując pomiędzy narodem...

Ale dlatego, iż ziemia ta cala,
Jak młotem - musi tak słowem być bita.
Iżby skrę ducha ze siebie wydała...
I jak lemieszem, co porze łan żyta,
Słowem być musi krajana do wnętrza,
Iżby w niej warstwa rodziła gorętsza...

Ale dlatego, że wszelkie powietrze.
Którego słowo na wskroś nie przesiecze
W czworo stron świata i tak go nie przetrze
Błyskawicowym ostrzem, jako miecze,
Tęchnie i ludom w pierś jadem się wpija.
I co je żywić miało - to zabija!




Z Szopką

Przed dworskim gankiem stanęło ich czworo,
Główki na mrozie odkrywszy z pokorą.
Zwyczajnie, dzieci, z maleńka już karne,
Wiedzą, że dwór jest rzecz pańska, wielmożna,
Nie to, co chaty ich, nędzne i czarne,
Gdzie ledwo śnieżnej zamieci ujść można!
Nie wiem, czy które z tych biednych usłyszy
Kiedy w swym życiu, co godnym jest części;
Nie wiem, czy przyjdzie kto, by w chaty ciszy
Zasiąść do wielkiej lat dawnych powieści;
Czy im kto powie, jak kochać potrzeba
Zagon ojczysty, co daje kęs chleba,
Jak cudze prawa szanować, jak żywem
Poczuć się w wielkim łańcuchu ogniwem,
Lecz wiem, że z dawna uczono batogiem
Odkrywać głowę przed pańskim tym progiem.
Stanęły zbite w gromadkę; nad niemi
Jaskrawa gwiazda na żerdzi wybłyska,
Ścieląc snop światła krwawego po ziemi...
Kometa drżąca, dziwna, bez nazwiska,
Co raz do roku zjawia się-i świeci
Ponad głowami bosych, chłopskich dzieci...
Drżące od zimna podniosły się glosy
I uderzyły po śnieżnej przestrzeni,
A noc słuchała, smętna, a niebiosy
Pełne się zdały iskier i płomieni,
I ech żałosnych, zmieszanych w rozdźwięki,
I w jakieś ciche westchnienia, i w jęki.
Najmłodszy, dziecko drobne, co z drugimi
Stał wpośród jasnej okien dworskich łuny
Odziany w łachman, z stopami bosymi,
Umilknął nagle jak rwące się struny...
I ponad gwiazdą, klejoną z tektury,
Wielkie i smutne oczy wzniósł do góry
I myślał sobie: „Czemu to, mój Boże,
Choć Chrystus przyszedł, tak źle jest na świecie
I czarnej mąki garść tylko w komorze?
I nie ma ciepłej sukmanki na grzbiecie?
I tatuś, taki pijany z wieczora,
Matulę bije, choć płacze i chora?...
Czemu to ludzie w przednówek tak bledną
I jakby cienie po drogach się włóczą?
A dzieci we wsi z maleńka już kradną?
A jego dotąd na książce nie uczą?
Choć rad by wiedzieć, co jest tam daleko,
Het, het, za lasem, za młynem, za rzeką!...
Widać dla chłopów nie przyszedł Bóg może?
Wszakże, choć co rok do dworu chłopięta
Idą z kolędą i z szopką w tej porze,
On przecie nigdy, jak żyw, nie pamięta,
Żeby kto z dworu do chaty przychodził
I mówił: "Bracia, Chrystus się narodził!"
Czemu?” -
O dziecię! mgła nocy zasłania
Dzień, co odpowie na twoje pytania...
Och! oby tylko nie wzeszedł on sądem
Klęsk ostatecznych nad morzem i lądem!
Och! oby tylko wiekowi przyszłemu
Grom pomsty twego nie powtórzył: "Czemu?!"






-