lunes, 12 de septiembre de 2016

JAN ANDRZEJ MORSZTYN [19.132]


Jan Andrzej Morsztyn

Jan Andrzej Morsztyn (24 de julio de 1621 - 8 de enero de 1693), fue un poeta y escritor polaco. También era miembro de la nobleza de Polonia y Lituania y una destacada figura política de la República de las Dos Naciones. Llegó a ocupar cargos importantes en la corte polaca, tales como Secretario Real y Tesorero Adjunto de la Corona. Es considerado uno de los más importantes exponentes de la literatura de Polonia, durante el periodo barroco. Emigró a Francia en 1683.
Nació en el condado de Wiśnicz, de acaudalada familia aristocrática, y que profesaba el calvinismo y estudió en la Universidad de Leiden. Junto con uno de sus hermanos, viajó a Francia y Italia. Realizó meritorias traducciones de Torquato Tasso y Pierre Corneille, entre otros.



Amiga

Me gusta una muchacha que pueda entretenerme
y que no me vigile,
y que no se entrometa en mis asuntos,
que rápido se enoje y rápido se calme
al saber que los dos sentimos lo que pasa.
Que no tenga virtudes en exceso,
y que no sea amable en demasía.
Que sea bella, no se ofenda con bromas,
y no evite abrazarme ante la gente.
Porque si fuera pura y temerosa,
cuidara de su fama, fuera celosa y digna,
mi corazón con ella no encontraría asiento
—¡qué feo es que lo diga!— pues... sería mi esposa.

Jan Andrzej Morsztyn, incluido en Antología de la poesía polaca desde sus orígenes hasta la Primera Guerra Mundial (Editorial Gredos, Madrid, 2006, ed. y trad. de Fernando Presa González).




Do trupa

Leżysz zabity i jam też zabity,
Ty – strzałą śmierci, ja – strzałą miłości,
Ty krwie, ja w sobie nie mam rumianości,
Ty jawne świece, ja mam płomień skryty.

Tyś na twarz suknem żałobnym nakryty,
Jam zawarł zmysły w okropnej ciemności, 
Ty masz związane ręce, ja, wolności
Zbywszy, mam rozum łańcuchem powity.

Ty jednak milczysz, a mój język kwili,
Ty nic nie czujesz, ja cierpię ból srodze,
Tyś jak lód, a jam w piekielnej śrzeżodze.

Ty się rozsypiesz prochem w małej chwili,
Ja się nie mogę, stawszy się żywiołem
Wiecznym mych ogniów, rozsypać popiołem.



Do panny

Obrazie bóstwa, nieśmiertelnej wzorze
Urody, gładszej nad różane zorze;
Etno miłości, której żywe śniegi
Gorącym ogniom dają przez się biegi;
Jasna godności gwiazdo, z którą ani
Porówna słońce, ni jej miesiąc zgani;
Przeczysta duszo w krysztale zamknięta,
Z którą przebywa każda cnota święta;
Dzieło przedniejsze pędzla przedniejszego,
Cudzie nad świata siedm cudów starego,
Najdoskonalsza natury roboto,
Pociecho oczu, serc ciężka ochoto;
Śniegu na pozór, ogniu w samej rzeczy —
Ty, panno, chciej mię mieć na swej pieczy,
Której-em tak swe niezwiędłej pamięci
Wiersze poświęcił, jako oddał chęci;
A jakoś we mnie wznieciła pochodnie,
Tak daj, żebym mógł śpiewać twą cześć godnie,
Żeby wszytek świat usłyszał oboje:
Okowy moje i zwycięstwo twoje.



Ogień i woda

Jak tylko pojrzę, Jago, w oczy twoje,
Wzrok mi przytępia zbytnie oświecenie;
Jeśli zaś indziej odwrócić chcę swoje,
W osieroceniu toczą łez strumienie.
Wkrótce mię tedy oślepi to dwoje:
Twych oczu ogień, moich słone zdroje.



Cuda miłości

Karmię frasunkiem miłość i myśleniem,
Myśl zaś pamięcią i pożądliwością,
Żądzę nadzieją karmię i gładkością,
Nadzieję bajką i próżnym błądzeniem.

Napawam serce pychą z omamieniem,
Pychę zmyślonym weselem z śmiałością,
Śmiałość szaleństwem pasę z wyniosłością,
Szaleństwo gniewem i złym zajątrzeniem.

Karmię frasunek płaczem i wzdychaniem.
Wzdychanie ogniem, ogień wiatrem prawie,
Wiatr zasię cieniem, a cień oszukaniem.

Kto kiedy słyszał o takowej sprawie,
Że i z tym o głód cudzy się staraniem
Sam przy tej wszytkiej głód ponoszę strawie.



Do Jagnieszki

Nie każda gwiazda takie światło toczy,
Jaki blask twoje wydawają oczy;
Włosy nad złoto są sidła zdradliwe,
W które nam łowisz, panno, serca chciwe;
Z karmazynowym zaś koralem usty
Zrównasz, które nas wabią do rozpusty;
Piersi bez mleka, ale równe mlecznym
nabiałom, równe i lilijom ślicznym;
Alabastrowa czoło jest tablica,
Na której szczęścia mego tajemnica;
Ręka tak gładka i ulana w mierze,
Że każde serce do więzienia bierze.
Stąd-ci mię dzierżą w nieprzetrwanej męce:
Oczy, włos, usta, piersi, czoło, ręce.



Figiel

Trudno, Kasiu, nie krzyczeć, gdy co pali;
Choćby człowiek z kamienia był i z stali,
Czuję twe zapały.
A ty każesz milczkiem twe ognie znosić,
Któż to o się tak niedbały,
Żeby nie miał w znoju o wodę prosić.

Choćbym prośbą nie kruszył już tej skały,
Choćby dobrze lamenty me ustały,
Wydadzą mię oczy.
Choćby i te skryły swój płacz w powieki,
Zgadnie każdy, kto cię zoczy,
Że ja przecie twoim sługą na wieki.

Ale chcesz li, żeby naszej obłudzie
Uwierzono i żeby więcej ludzie
O nas nie wiedzieli,
Bądź łaskawsza, chciej kochać, nie bądź płocha,
A gdy mię to rozweseli,
Każdy rzecze o mnie: znać, że nie kocha.


Autor: Jan Andrzej Morsztyn






.

No hay comentarios:

Publicar un comentario en la entrada