Julia Fiedorczuk
Julia Fiedorczuk (Nacida el 23 de febrero 1975 en Varsovia, Polonia) es una escritora y traductora polaca.
Fiedorczuk estudió literatura y trabajó como investigadora asociada de literatura norteamericana y teoría literaria en la Universidad de Varsovia .
Sus poemas han sido traducidos al inglés, portugués y esloveno. En 2002 fue galardonada con el premio editora polaca para el mejor debut. En Alemania ganó el 2005 Premio Hubert Burda de poesía joven de Europa del Este .
LIBROS:
Biała Ofelia . Roman, Biuro Literackie, Wrocław 2011
Poranek Marii i inne opowiadania'. Kurzgeschichten, Biuro Literackie, Wrocław 2010
Planeta rzeczy zagubionych , Biuro Literackie, Wrocław 2006
Tlen . Lyrik, Biuro Literackie, Wrocław 2006
Bio . Lyrik, Biuro Literackie, Wrocław 2004
Listopad nad Narwią . Lyrik, Biuro Literackie, Legnica 2000
DOCUMENTOS:
„Death as death“. Laura Riding and the limits of poetry , In: Polish journal for American studies , vol. 3, 2009.
„Natural truth“. Laura Riding, LANGUAGE and the romantic connection , In: Poetics of America , 2004.
Dedicatoria
Este poema es para ti, querido lector.
Habla de una araña, de sentimientos, y de aquello
inexpresable.
No hay una araña allí donde te escribo.
Tengo una araña en la cabeza, hilos de telaraña
suaves como el moho.
O valiosos como una soga de brillantes perlas
al amanecer. Estoy pensando
en ese tiempo oculto en el que se está desnudo y mojado
como la tierra.
Cuando un Buda cariñoso sale de los jazmines,
chiquillo tatuado,
telaraña de arrugas en el rostro de una anciana
que sonríe: ese tiempo, nuestro sueño compartido
tejido de palabras. ¡Perdón! Me
ha salido así. Los cariños son comp-
lejos. Porque se quiere a las personas y a los árboles,
esta piedra, seguro que existía,
ahora te la doy,
sostenla.
De Oxígeno
TRADUCIDO POR ABEL MURCIA
Esperando una llamada
No te lo vas a creer, la luna
sola se asomó a la ventana;
era de plastilina y tenía
el pelo rojo.
Después seguramente me quedé dormida
porque ahora en la ventana anda
una nube gorda y negra.
Traducción Gerardo Beltrán y Abel Murcia
Brâncuşi w Królikarni
Dla Zoë Skoulding
Nie da się opowiedzieć co mnie tu przywiodło.
Wiersz byłby dłuższy niż to piękne życie.
A ono jest jak światło przecedzone przez sito drzew.
Oczywiście, teraz. W lipcowej Warszawie, którą chłonę ciałem
bezbolesnym od głowy do stóp.
Teraz? Nie mam innego niż ten kadr z balkonem.
Gruba pani odstawia filiżankę, żeby popatrzeć
na chmury, z których potem spadnie krótki, gęsty deszcz.
Kadr opustoszeje, a przekorny wiatr
przyniesie okruchy rozmowy: klacz, jak się dowiem,
miała na imię Larina. „Żyła jeszcze na pewno
w trzydziestym dziewiątym.” To przed Królikarnią.
Starość tych dwojga jest dziwna jak rzeźba.
Czas przed narodzinami, którego nie było.
Czas, „niekończąca się kolumna”,
pcha mnie na ulicę już gęstą od słońca.
Wszystko szybko znika, oprócz tych dwóch zdań:
„Lubię koło, ponieważ się toczy.
I lubię kwadrat, bo zostaje w miejscu”.
Deszcz
Wiosno, twoje soki
płyną po palcach drzew.
Wiosno, twoje włosy
na których się kładę
żeby być stworzeniem!
Kto powiedział
ludzkie? Kto
cokolwiek mówi?
Coś mnie dzisiaj kocha,
to pewne! Burzo,
czy wiesz co znaczysz?
Twój grad białych kwiatów
dedykujesz komu?
W twoim czarnym domu
pocałunki mnożą się
jak motyle. Twoje ramiona,
wiosno, gdy spadam.
Litości,
Uwierają mnie
twoje łodygi!
Nad Warszawą
niebo pęka u dołu: jest miejsce na światło.
Lśniący bursztyn w siwym gnieździe chmur.
Ciało, które patrzy ma skłonność do słów,
składa dłonie w kołyskę i chciałoby nieść prezent.
Ciało, które patrzy ma skłonność do nocy,
rozbiera się, drży i lgnie do innych ciał.
Lecz to nie potrwa długo. Oblężone miasto.
Noc się właśnie podnosi jak kotka po drzemce,
ociera się o ciało i odchodzi mówiąc
„nic nie rozumiesz”.
Nic nie rozumiem.
Jestem tu przypadkiem.
Sine gniazdo chmur zamknęło się jak pięść.
Ciało boi się czegoś i chciałoby uciec
tym małym samolotem, który jeszcze
widać
(a teraz już nie)
Pola Mokotowskie
Co mi po tych chmurach? Deszczu
po coś mi? Po co mi bezdomność
skoro ty nie jesteś
drzewem? Teraz nie do ciebie,
deszczu. Chciałabym się schować
w domu twoich liści.
Kiedy coś zapiszę, to nie muszę
Czytać, uwierz: gdybym mogła
byłabym krzakiem bzu
pod którym odpoczywasz
w ten bezchmurny dzień.
Twój deszcz mnie obezwładnia.
April in Pola Mokotowskie
What's the point of these clouds? Rain,
what good are you? What on earth
is the point of being homeless
if you are not
a tree? No, rain,
not you. I'd like to shelter
in the house of your leaves.
When I scribble this down, I don't have to
read it, believe me: if it were possible
I'd be a lilac tree
under which you'd rest
on a cloudless day.
Your rain overcomes me.
Translated by Julia Fiedorczuk and Zoe Skoulding
No hay comentarios:
Publicar un comentario